Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 037 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Oh, furie...!

wtorek, 12 czerwca 2012 19:08

Ze względu na złośliwość rzeczy martwych utraciłam przed chwilą około trzech stronnic esejopodobnego tworu dotyczącego 'Ah! Dov'e il perfido'. Pozwalam sobie zatem wrzucić arię odpowiednią do okoliczności. ;)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

"Ilekroć oglądam ohydy pax Americana..."

piątek, 08 czerwca 2012 19:12

Dziś fragment, który nie wymaga komentarza - przeciwnie, sam jest komentarzem, w dodatku niewiarygodnie wręcz ponadczasowym:

 

 "Whenever I see a photograph of a teeming horde of Chinese peasants, or of some military
procession, whenever I see a cheap newspaper crammed with advertisements for mass-produced rubbish. Or the rubbish itself that large stores sell. Whenever I see the horrors of the pax Americana, of civilizations condemned to century after century of mediocrity because of overpopulation and undereducation, I see also de Deukans. Whenever I see lack of space and lack of grace, I think of him.

 One day, many millennia from now, there will perhaps be a world in which there are only such châteaux, or their equivalents, and such men and women. And
instead of their having to grow, like mushrooms, from a putrescent compost of inequality and exploitation, they will come from an evolution as controlled and ordered as de Deukans's tiny world at Givray-le-Duc. Apollo will reign again. And Dionysus will return to the shadows from which he came."[John Fowles, "The Magus"]

 

 Czy też, jeśli kto woli, w przekładzie Ewy Fiszer:

 

"Ilekroć widzę rojące się masy chińskich wieśniaków albo defiladę wojskową, ilekroć widzę gazetę zapchaną reklamami masowo produkowanej tandety... Albo tandetę w domach towarowych, ilekroć oglądam ohydy pax Americana, ohydy cywilizacji skazanych z powodu przeludnienia i niedokształcenia na stulecia miernoty, zawsze przychodzi mi na myśl de Deukans. Myślę o nim, ilekroć widzę ciasnotę i brzydotę.

Kiedyś, za wiele tysięcy lat powstanie może świat, w którym będą istnieć tylko tacy mężczyźni i kobiety jak on, i takie chateaux jak jego. Tylko zamiast wyrastać jak grzyby z gnijącego kompostu nierówności i wyzysku, pojawią się w wyniku ewolucji uporządkowanej jak maleńki świat de Deukansa w Givray-le-Duc. Znów zapanuje Apollo. A Dionizos wróci w mrok, z którego wyszedł."


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

E la solita storia del pastore vel Lamento di Federico (Francesco Cilea, "L'arlesiana")

wtorek, 05 czerwca 2012 22:34

Jak większość szanujących się bohaterów opery - a już z pewnością większość inamorati - Federico ma swój literacki pierwowzór. Jan, opisany w listach z daudetowego młyna, miał być "młodzieńcem lat dwudziestu, grzecznym jak dziewczyna, silnym i wrażliwym". Gdyby Alphonse Daudet pisywał opery zamiast powieści, wszystko to określiłby zapewne jednym słowem - tenor.

 

 Mimo tytułu "Arlezjanki", wybranka Jana jest w noweli raczej sokołem, niż postacią: wspomina o niej narrator, opowiadają bohaterowie, sami jednak nie mamy okazji jej poznać. Nie mamy okazji ocenić, kim jest, zrobiono to bowiem za nas.

 

 Wybrana przez Daudeta forma literacka jest z definicji krótka; nie ma w niej materiału na trzy akty, cóż dopiero mówić o rozpisanych pierwotnie czterech. Libretto (a przedtem tekst opartej na noweli sztuki) ożywia wieś Jana/Federica, wypełnia ją ludźmi. Tka z ich tragedii tło dla tej być może nie największej, lecz najbardziej spektakularnej.

 

Przejmująco działa to połączenie warunków typowych dla idylli z werterowskim cierpieniem Federica. Arlezjanka to przecież tylko marzenie, sen, obraz, który stworzył sam bohater - wyidealizowany i zwodny. Obraz, z którym nie może konkurować Vivetta; bliska, realna i jak samo zdrobniałe imię wskazuje: "żywa".

 

'Come l'invidio!', wykrzyknął Federico, spoglądając na upośledzonego brata. To, że chłopiec wówczas spokojnie spał, nie mogło przecież stanowić jedynego powodu tak wielkiej zazdrości. Być może według Federica L'Innocente przespać miał całe życie, nie poznawszy ani wielkiej miłości, ani wielkiego rozczarowania.

 

 Jak się rzekło, na scenie rodem z bukoliki rozgrywają się wydarzenia przypominające w swej nieuniknioności grecką tragedię. Los bohatera nie okazuje się niespodzianką nie tylko dla tych, którzy przeczytali libretto: właściwie poznajemy go już w pierwszym akcie, dzięki manewrowi rodem z Czechowa.

 

"E la solita storia del pastore" upewnia o zakończeniu już ostatecznie. Pozostaje tylko patrzeć - i słuchać aż do końca, uczynić tragedię młodzieńca naszą własną. Czy spróbuje żyć? Oczywiście. Świat okaże się jednak dla Federica zbyt bezlitosny. Zbyt, podobnie jak Vivetta, niedoskonały. Być może bohater wie o tym równie dobrze, jak widz.

 

Cierpieć można różnie - zdaje się, że na tyle samo sposóbów można wykonać wspomianą, słynną arię. Można, jak Luciano Pavarotti, poświęcić część wskazań kompozytora dla lepszej komunikacji z publicznością, ofiarować jeden rodzaj piękna w zamian za inny, uczynić z popisu śpiewaczego popis aktorski. Można, jak Jonas Kaufmann, śpiewać niemal heroicznie, końcowe 'Ahime!' rzucić w twarz światu. Skłaniają do tego naprzemienne diminuenda i crescenda, zachęca wręcz końcowa fremata. Można i tak, jak uczynić to próbowało wielu: ze smutkiem i prosto. Tak, jak zaśpiewałby pasterz.

 

Tak, jak tutaj Giuseppe  di Stefano, który przekonał mnie najbardziej.

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

Wesoły skrzypek (Gerard van Honthorst)

niedziela, 03 czerwca 2012 22:29


 

 Jaki jest, każdy widzi: wesoły i gra na skrzypkach. Dziś wyjątkowo bezpretensjonalnie - dodałam, bo go lubię.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

"Po komnatach huczy głucho, brzmi miarowo - idącego Komandora krok."

piątek, 25 maja 2012 19:46



 Początkowo miałam zamiar zamiast wstępu do tej noty dodać post scriptum, w porę zdałam sobie jednak sprawę, że zapewne wytrącałoby z nastroju równie skutecznie, jak finałowy sekstet... Skoro zapowiedziałam, że 25% not dotyczyć będzie 'Don Giovanniego', a ta jest czwarta, zdecydowałam się dotrzymać słowa.

 Niedawno - właściwie dziś rano i po południu - wysłuchałam dwóch nieznanych dotąd wersji tej opery. Pierwsza, z Salzburga, wystawiona została w 1950 roku, (przypuszczam, że nikomu się wówczas nie śniło o tym, co różnej maści reżyserzy czy nawet śpiewacy będą wyczyniali z biednym Mozartem w latach późniejszych), pod batutą Wilhelma Furtwanglera.

Druga.. cóż, znacznie młodsza (z roku 2011) i znacznie, znacznie moim zdaniem gorsza - szkoda, bo La Scala do tej pory służyła mi za wyznacznik jakości. O sancta simplicitas... o tej wersji, jak i kilku innych niedługo zresztą napiszę. O wspomnianej wcześniej raczej nie - po pierwsze nie śmiem, po drugie, naprawdę nie ma z czym tu dyskutować. Cóż, może poza tym, że Leporello Ericha Kunza brzmi dostojnie, wręcz szlachetnie: zdecydowanie zbyt dostojnie i szlachetnie jak na postać będącą skrzyżowaniem Scapino, Arlecchina i Pedrolina.

 Eseju na razie nie napiszę także - żałuję, że nie mogę zeskanować i zamieścić moich chaotycznych doń przygotowań w postaci notatek. Wśród wszelkich analiz, niuansów, rysunków, kiepskich żartów, cytatów, odsyłaczy, wykreślonych na papierze nut, planów i wykresów widnieje pogrubione kilkakrotnie i spisane czerwonym atramentem pytanie: To o czym właściwie miał być ten esej?

 Zbyt wiele znaczeń, zbyt wiele dzieł filozoficznych... ale jakże nie omówić ich wszystkich? E tutto amore! :)

A zatem: wiersz Aleksandra Błoka. Zamilknę - tutaj także, jak w konfrontacji z wyborami maestro Furtwanglera, nie ma z czym dyskutować.



Aleksandr Błok, tłum. Jerzy Liebert

KROKI KOMANDORA

Ciężka, szczelna kotara na drzwiach,
Za oknami - mgły śnieżne, mgły mleczne.
Cóż zostało z twej swobody niedorzecznej,
Donżuanie, gdyś poznał strach?

Przepych sal, chłód i pustka ścina krew,
Służba śpi i głucho noc ucieka.
Z błogich stron, z nieznajoma, skądś z daleka
Dolatuje koguta śpiew.

Wiarołomco, na cóż ci ten dźwięk?
Przyszedł kres! Nie stanie się nic więcej!
Donna Anna śpi, na krzyż złożywszy ręce,
Donna Anna śni wieczny sen...

Czyjeż rysy srogie rosną w szkłach,
W zwierciadlanych szkłach nieruchomieją?
Anno, Anno, słodkież, lekkież sny pod ziemią.
Co oglądasz, powiedz, w tych snach?

Życie - otchłań, obłęd, wir bez dna!
Na rozprawę wychodź, stary losie!
I jak echo - triumfalnie i miłośnie -
W odpowiedzi, w śnieżnej mgle, trąbka gra...

Przelatuje, bryzgiem świateł tnąc mrok.
Motor czarny i cichy jak sowa.
Po komnatach huczy głucho, grzmi miarowo
Idącego komandora krok...

Drzwi na oścież... Z lodowatej mgły
Jak chrapliwy gong zegara brzmi pytanie:
- Na wieczerzę zapraszałeś, Donżuanie?
Oto masz mnie. Jestem gotów. A ty?

W odpowiedzi - w gardle więźnie głos.
W odpowiedzi - cisza przeraźliwa.
Wśród przepychu o rozświcie strach porywa,
Służba śpi i wolno blednie noc.

W czas rozświtu - ziąb i mętny mrok,
W czas rozświtu - ciągnie w mgłę otchłanną...
Panno Światła, gdzieś ty, gdzieżeś, Donna Anno?!
Anno! Anno! - Cisza głucha w krąg.

Tylko zegar grzmi ostatni raz,
W groźnym, rannym huczy gong tumanie:
Na śmiertelne twoje gody Anna wstanie,
Anna wstanie w śmierci twej czas.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Archiwum

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl